Proces versus projekt. Odc. 2

0

Zacznijmy od projektu.

Dopóki z buciorami bez zaproszenia nie wlazły nam do firm tak zwane metodyki zarządzania projektami (stosowane z głową i umiarem, są naprawdę przydatnymi koncepcjami), dopóty normalny, samodzielnie myślący, i w miarę doświadczony człowiek wiedział, że projekt to po pierwsze plan działania.

A plan to nie to samo co działanie. Projekt pochodzi od łacińskiego „projectum„, a to od „proicere„, czyli „to co przed działaniem„.

No ale te czasy już minęły i teraz nowomowa projektowa i procesowa, powoduje że  praktycznie wszystko co się dzieje w firmie beztrosko nazywamy projektem. Wszystko jest mniejszym lub większym, mniej lub bardziej złożonym projektem. Przynajmniej tak się niektórym pracownikom i menedżerom wydaje.

Odnieść można wrażenie, że pozapominaliśmy, że w firmach praca dzieli się na działania stałe (bieżące), innymi słowy tzw. operacje, potocznie zwane „bieżączką” i działania o naturze zupełnie innej, czyli tymczasowe, jednorazowe.

Niejednokrotnie w czasie szkoleń czy warsztatów uczestnicy podnoszą larum, że ich firma jest jednym wielkim projektem (bo często jest), czy też że wszystkie działania w organizacji są niepowtarzalne i tymczasowe więc są mniejszymi lub większymi projektami.

Wcale mnie nie dziwią tego typu tezy. Jako przedstawiciel między innymi branży szkoleniowej bez bicia mogę skonstatować, że zarządzanie projektami pada ofiarą własnego sukcesu. Od kiedy firmy się zaczęły masowo szkolić w tym temacie, wszędzie zaczęły widzieć projekty. Wszędzie! Nawet tam gdzie ich nie ma i być nie powinno. Przypomina to już znany młotek w ręce i doszukiwanie się we wszystkim gwoździa.

Z drugiej strony, jak ma być inaczej skoro polskojęzyczna Wikipedia twierdzi, że czas trwania projektu (…) może wynosić minuty, godziny, tygodnie, miesiące czy nawet lata.

Że lata, to standard, że miesiące – również. Z tygodniami już jest się ciężej pogodzić, chyba, że mówimy o kilkudziesięciu/kilkunastu tygodniach. Niech będzie. Ale godziny??? Co to za projekt trwający np: 3 godziny?

Z tymi minutami, pozwolę sobie darować komentarz. Autor wpisu w Wikipedii chyba się rozpędził i potraktował KAŻDE TYMCZASOWE zadanie jako projekt. Wtedy owszem wszystko jest projektem. W końcu wszystko na tym świecie jest tymczasowe. Wszystko zależy od perspektywy.

A JURAN NA PRZYKŁAD…

Można też przyjrzeć się definicji projektu wg Jurana (tego od jakości), który potraktował projekt jako „problem, który zaplanowano rozwiązać„. Uwielbiam Jurana autentycznie, jednak tak szeroka definicja projektu jest co najmniej ryzykowana, bo to że rozwiązanie problemu może być realizowane w formie projektu, nie oznacza, że każdy problem musi być rozwiązywany w formie projektu. Projekt może być jednym ze sposobów na rozwiązanie problemu. Ale nie jedynym.

Nie śmiałbym krytykować czy podważać Jurana, jednak należy mieć świadomość, że ów autentyczny i nieudawany guru, oczywiście myślał on o rozwiązywaniu problemów wielkoskalowych. I tu się nie można nie zgodzić z tą definicją projektu.

Problemy złożone, trudne, skomplikowane, wymagające czasu rozwiązuje się w formie projektów. Złożone i skomplikowane, no a – powiedzmy – przeniesienie tuzina krzeseł, biurek i komputerów z piętra pierwszego na czwarte, mimo, że może być problemem, to na pewno nie jest żadnym projektem. I to że nazwiemy to zadanie „projekcikiem” niczego tu nie zmienia.

PS

Najciekawsze jest to, że inni uczestnicy z innych firm przekonują mnie i siebie nawzajem, że ich firma jest jednym wielkim…procesem. Można zwariować.

PODAJ DALEJ:

O autorze

Comments are closed.