NOWA, TYM RAZEM SKUTECZNA DIETA

0

Dzisiaj tylko pozornie poza tematem, bo dosyć szeroko o wszystkim. W końcu w procesach biznesowych także panują mody jak tak jak innych koncepcjach.

INTRO

Myślenie życzeniowe i zaklinanie rzeczywistości wciąż jest cechą wielu menedżerów poszukujących uniwersalnych zasad doskonałości. Najlepiej takich, które poprowadzą do celu jak po sznurku. Niestety – wbrew powszechnie panującym poglądom wychwalanym pod niebiosa przez życiowych ignorantów z tytułami naukowymi – magiczne formuły, dzięki którym osiągniemy sukces w biznesie nie istnieją.  

W Polsce spora część dużych i złożonych organizacji, typu oddziały korporacji międzynarodowych, wielkie firmy krajowe, czy instytucje z sektora administracji samorządowej i państwowej, wciąż żyje złudzeniami zawartymi w wielu teoriach i metodach zarządzania. Złudzeniami na świecie jawnie krytykowanymi, przez to coraz mniej popularnymi, niewiele różniącymi się co do mechanizmu promocji od tak zwanych super-diet, czyli kolejnych sposobów na zbicie kilogramów. Objawia się to nieprzerwaną wiarą w istnienie cudownych metod i złotych zasad skuteczności, beztroskim wychwalaniem mitów i fałszywych paradygmatów jako prawd objawionych oraz ślepym podążaniem za modami i trendami (po polsku – tendencjami) w zarządzaniu.

Gorliwie poszukujemy standardów rozwiązywania problemów trudnych, nietypowych i złożonych, w sposób łatwy, tani i przyjemny. Najlepiej w formie instrukcji w wersji dla Jankesów. Prezesi zarządów, dyrekcja, kierownictwo, menedżerowie, konsultanci zewnętrzni występujący w roli ekspertów oraz pracownicy mediów związanych z tematyką biznesową – wszyscy szukają Świętego Graala Zarządzania. I choć temat od lat jest w świecie znany i mocno akcentowany – nie tylko przez dziennikarzy ale także przez wybitnych przedstawicieli świata uniwersyteckiego i korporacyjnego (patrz: Goshal, Strassman, Rosenzweig, Micklethwait&Wooldridge) – u nas zdaję się, że dopiero go odkrywamy. A może celowo unikamy?

„PODĄŻAJCIE NASZĄ DROGĄ”

Całkiem sporo pomysłów na zarządzanie, próbuje pełnić rolę formuł sukcesu. Można podzielić je na cztery podstawowe grupy. Pierwsza dotyczy obszaru planowania i rozwoju biznesu w ogóle, druga – metod doskonalenia lub działań naprawczych. Dalej – wiele koncepcji za cel stawia sobie standaryzację w biznesie (procesów, struktur czy zasad). Wreszcie mamy metodyki/wytyczne/zasady zarządzania wszelkiego rodzaju projektami. Do osobnej, gigantycznej grupy, można zaliczyć pomniejsze techniki analityczno-zarządczo-coachingowe, wykorzystywane przez powyższe koncepcje naprawczo-rozwojowo-standaryzacyjne.

Problem nie tylko teoretyczny rodzi zupełny bałagan pojęciowy, zawiniony zarówno przez świat akademii jak i świat konsultingu. Co jest metodą dla jednych, staje się metodyką dla innych, metodologią dla kolejnych, ale już techniką, narzędziem bądź zestawem narzędzi i technik dla jeszcze innych, ewentualnie systemem, standardem, modelem, “frejmłorkiem” lub “tulkitem”. Wszystko  odmieniane przez trzy przypadki: strategiczny, taktyczny, operacyjny. Każda idea walczy z innymi ideami o prymat. Co było pierwsze jajko czy kura? Co jest tylko elementem, a co całością? Przykładowo, to co jest metodą A w ramach całej koncepcji B, staje się całą koncepcją A, która wykorzystuje metodę B. Zależy to jedynie od tego, z czym się identyfikuje zwolennik danego modelu zarządzania. Stąd też – celowo i nadmiernie uogólniając – to co kiedyś było filozofią biznesu, strategią zarządzania, podejściem do rozwoju organizacji – po latach może spaść w rankingu i stać się – w oczach innych, “lepszych” guru – techniką czy narzędziem w ramach innej bardziej popularnej doktryny zarządzania zgodnie z umbrella approach. Można zwariować.

Co ciekawe dosłownie wszyscy promotorzy, propagatorzy i wyznawcy określonej idei (a także zwykli szarlatani), stawiają na jej oryginalność, przekonując, że “ich” podejście jest inne niż wszystkie pozostałe. Zresztą pozostałe są przecież nie tylko nieoryginalne, ale są również przejściowymi modami (flavour of the month), w przeciwieństwie do “naszej” metody, której jako jedynej z pewnością nie można sklasyfikować jako management fad, “no, a nasza metodyka się  sprawdza, a z innymi to sam Pan/Pani wie jak jest”.

SCEPTYCYZM

Z jednej strony mamy więc bezosobowe byty – korporacje, urzędy, instytucje – występujące w roli poszukiwaczy złotej zasady. Z drugiej – paradoksalnie – często natknąć się można na opinie wskazujące – delikatnie sprawę ujmując – dystans wobec wszelkich projektów czy innego typu przedsięwzięć, mających w nazwie przynajmniej jedno z całej masy groźnie brzmiących zwrotów typu: strategy, improvement, reorganization, excellence, conformance, development, quality. Kolejne projekty korporacyjne, promowane w tonie bliskim realnego socjalizmu, są traktowane przez część starych wyjadaczy z przymrużeniem oka. Hit sezonu, którym się zachłystuje menedżment, przeradza się po raz wtóry we wstrzymany lub wycofany projekt (który to już w ostatnich latach?), po którym zostaje tylko entuzjazm dyrektora z centrali (kiedyś ze zjednoczenia) i jego pamiętne słowa, że, cytat (autentyczny): “this time level of ambition must be really high”.

Jako prawidłowość można wskazać to, że im mniej techniczne są przedsięwzięcia, a im bardziej “zalatują” szeroko rozumianym zarządzaniem – tym w większym stopniu objawia się niechęć kadry. Być może dlatego, że projekty inżynierskie, dotyczą rzeczy namacalnych (typu most, linia technologiczna, prototyp autobusu) lub nienamacalnych ale konkretnych (typu oprogramowanie), a projekty z serii management consulting, dotyczą spraw, których nie tylko się nie da dotknąć, ale często trudno jest uchwycić bezpośredni związek przyczynowo skutkowy między konkretnym przedsięwzięciem a sukcesem operacyjnym lub strategicznym.

ŚLEPA FASCYNACJA

Winę za ten stan rzeczy (a właściwie stan myślenia) ponoszą między innymi sami teoretycy zarządzania. W tym środowisku niezwykle łatwo można spotkać osoby ślepo zafascynowane kolejną techniką, narzędziem, czy modelem. Jako przykład może służyć podejście prezentowane na wykładach akademickich, gdzie gloryfikuje się metody zarządzania, wciąż te same, i nawet te, które się w nie sprawdziły w praktyce, i od których się w krajach zamożnych i rozwiniętych (bardziej doświadczonych) zupełnie odchodzi. Dalej, niezmiernie rzadko możemy usłyszeć z ust wykładowców zarządzania jakikolwiek ton sceptyczny wobec management gurus, tak jakby wręcz było niemile widziana krytyka tego co jest przez innych uznawane i modne. Być może chodzi tu po prostu o niewrzucanie kamyków do własnego ogródka akademickiego i niekalanie własnego gniazda uplecionego z staromodnych teorii. W końcu to pracownicy z różnych katedr,  w znacznej mierze “produkują” czy parafrazują nowe teorie zarządzania, obiecujące, że jednak istnieje antidotum na wszelkie bolączki korporacyjne. Łącząc te produkty ludzkiego umysłu ergo “mody” z ludzką naiwnością, myśleniem życzeniowym (także lenistwem), czy wreszcie arogancją intelektualną – zaczynamy usilnie wierzyć, że świat pracy i biznesu (nie tylko komercyjnego) można zamknąć w gorsecie procedur, systemów i metodyk. Że wystarczy znaleźć biznesowy odpowiednik kamienia filozoficznego, a potem można już spocząć na laurach i czekać aż w rzekach popłynie czekolada.

Koncepcje zarządzania prawie nigdy nie są złe. Często są naprawdę atrakcyjne, przekonujące i sensowne. Są też czasami zupełnie oderwane od rzeczywistości. Bezmyślne jest jednakże najczęściej ich stosowanie. Mamy bowiem skłonność do traktowania wszelkich metod i teorii zarządzania zupełnie sztywno i zamiast je dostosowywać do specyfiki organizacji (zakładając, że jest to w danej sytuacji możliwe i opłacalne), to uparcie robimy na odwrót i „redefiniujemy” problem, po to żeby go wpasować w doktrynę.

MYŚLENIE KRYTYCZNE

Brakuje kadrom myślenia krytycznego, jednej z kluczowych cech przedsiębiorcy. Nie ma bowiem nic wspólnego z przedsiębiorczością, bezkrytyczna wiara w ofertę wybranej metody, tylko dlatego, że jest prezentowana i zachwalana przez mniej lub bardziej znanego eksperta, konsultanta, profesora, trenera, autora czy dziennikarza. Absolutnie naganne jest wdrażanie rozwiązania biznesowego, tylko dlatego, że jest ono popularne w branży, czy też dlatego, że konkurencja jest zastosowała. Tym bardziej należy ostrożnie podchodzić do “argumentów” mówiących o tym, że od lat metoda z sukcesem stosowana jest w międzynarodowej korporacji A czy B. Po pierwsze nigdy sie nie dowiemy jak naprawdę wyglądały detale prowadzenia projektu w tejże korporacji. Po drugie, nawet jakbyśmy się dowiedzieli, to wcale to nie znaczy, że nam sie uda przeprowadzić projekt identycznie (nie uda się), poza tym nawet gdyby się udało skalkować projekt 1:1, to wcale nie znaczy, że osiągniemy te same rezultaty. Nie osiągniemy. Po czwarte, informacje o tego typu projektach jakie docierają do reszty firm (na przykład w czasie konferencji), cechują się zazwyczaj przesadnym optymizmem i zredukowaną do minimum wiedzą na temat tego szło nie tak.

Podejście do biznesu, w którym do rezultatów dochodzimy poprzez stosowanie takiej a nie innej metody, procedury czy formuły jest błędne. Nie ma jednej recepty na sukces w biznesie. Wielu przedsiębiorców przekonało się na własnej skórze, że podążanie tą samą ścieżką jak firma konkurencyjna, nie doprowadziło ich do sukcesu, jaki odniosła konkurencja.

ZDROWY ROZSĄDEK?

W biznesie chodzi nie o to, żeby małpować działania innych (patrz: benchmarking), ale o coś zupełnie przeciwnego, czyli o to żeby działać inaczej niż inni. Świat biznesu to świat okazji, prawdopodobieństwa i niepewności, a nie świat deterministyczny. Szukanie w/w kamienia filozoficznego zarządzania mija się więc z celem (choć można na tym nieźle zarobić). Okazuje się, że najlepszą postawą poza myśleniem krytycznym, jest zdrowy rozsądek, twarde stanie na ziemi i patrzenie na świat oczami przedsiębiorcy z krwi i kości. Inaczej doprowadzimy do tego, że organizacje duże i bardzo duże będą jeszcze bardziej upodabniać się do nadmiernie zbiurokratyzowanych urzędów, podczas gdy urzędy będą dalej stosować metody naprawcze i zarządcze przeznaczone stricte dla sektora komercyjnego. Rzeczywistość wciąż jednak potwierdza prawdziwość Prawa Katza mówiącego o tym, że ludzie posługują się zdrowym rozsądkiem, dopiero jak wyczerpią wszystkie inne możliwości. Najwidoczniej jeszcze się nie wyczerpały i chyba nigdy sie nie wyczerpią. Ciągle bowiem pojawiają się nowe.

PODAJ DALEJ:

O autorze

Comments are closed.