Modele referencyjne. Odc. 6

0

POSMAK PATOLOGII

Jak wyglądało (wygląda?) niezbyt fachowe podejście do identyfikacji procesów za pomocą modeli referenyjnych? Przychodził konsultant z firmy X na spotkanie z firmą Y. Wyświetlał na slajdzie .ppt listę przykładowych, kilkudziesięciu nazw procesów zazwyczaj z modelu PCF, po czym pracownicy w ciągu spotkania (czasem trwającego mniej niż 60 minut), zaznaczali na kartkach, które procesy u nich występują, a które nie. I nikt o tym nie dyskutował. Konsultant na tej podstawie ustalał zakres analizy. I jakoś prawie za każdym razem, u prawie każdego klienta liczba procesów była zbliżona. Raczej wyjątkiem były diametralne różnice. Po czym się siadało do modelowania, które trwało, i trwało, i trwało…Wszystko zależało od tego ile osobodni zakontraktowano na modelowanie.

Najgorsze co można zrobić to potraktować model referencyjny, jako jedynie prawdziwą matrycę, do której na siłę przystosowujemy procesy organizacyjne. Choćby najlepszy model referencyjny jest i pozostanie bazą procesów wzorcowych (przykładowych, uśrednionych, sugerowanych, zalecanych, rekomendowanych) a nie procesów wzorowych, idealnych, doskonałych. Takie w ogóle nie istnieją, choćby dlatego, że nawet jeśli jeden proces biznesowy jest prawie idealny dla organizacji A, to wcale nie musi być taki w organizacji B, nawet z tej samej branży.

Królową patologii konsultingowych było kopiowanie treści modelu referencyjnego i przedstawianie go klientowi jako oryginalnego, wewnętrznego rozwiązania procesowego wypracowanego przez firmę doradczą. No, ale to były stare czasy. Teraz klienci są bardziej świadomi.

PODAJ DALEJ:

O autorze

Comments are closed.